-Aż do przybycia do Kijowa - mówił - nie wiedziałem nic o nieszczęściu, jakie spotkało całą naszą rodzinę, a w szczególności panią, przez śmierć szanownego jej ojca.
-Czy pan znał ojca mego? - pytała z westchnieniem Lula.
-Nie, kuzynko. Wiedziałem tylko o nieszczęśliwych sporach i procesach różniących od lat kilkunastu nasze rodziny. Sporom tym, jako małoletni, a potem nieobecny, zawsze byłem obcy i jeżeli mam wyznać, przyjazd mój teraźniejszy miał być tylko próbą zbliżenia.
-W jakim stopniu pan był krewnym ojca mego?
-Wychowany za granicą, mało w ogóle znam stosunki familijne, w istocie np. szczęśliwemu wypadkowi winienem odkrycie, nie już pokrewieństwa, o którym wiedziałem, ale innych nie mniej ścisłych węzłów łączących od dawna nasze rodziny.
-Wolno się spytać o ten wypadek?
-Z chęcią, kuzynko. Objąwszy po śmierci ojca kierunek spraw majątkowych i familijnych, rozpatrywałem się trochę w papierach i rozmaitych dokumentach, tyczących mojej rodziny; otóż z tych dokumentów odkryłem, że rodzina pani nie tylko jest spokrewniona z Pełskimi, ale i jednego z nimi herbu.
-Do pewnego więc stopnia trafowi zawdzięczamy naszą znajomość.
-Błogosławię ten traf, kuzynko.
Lula spuściła oczy, mała jej rączka kręciła koniec szarfy, po chwili podniosła głowę.