Prócz ambicji i bliskiego terminu ślubu jeszcze jedna rzecz skłaniała go do tych wysileń. Zapasy, jakie przywiózł z domu, wyczerpywały się z wolna i obecnie bliskie były końca. Teraz już na Augustynowiczu spoczywał ciężar wydatków i domowego gospodarstwa. Augustynowicz wyrzekł się pijatyki, a zarabiał znacznie więcej niż Szwarc. Lekcje muzyki przynosiły mu stosunkowo bardzo wiele, a nie potrzebował się ich wyrzekać dla nawału innej pracy, wrodzone bowiem zdolności zastępowały mu aż nadto czas i ochotę.
Do pani Wizbergowej chodził jak dawniej, codziennie; codziennie Malinka wybiegała mu otwierać i co dzień niby wydzierała mu swe rączki, które miał zwyczaj obfitymi okrywać całusami. Poczciwa dziewczyna przywiązywała się do niego. Czy on ją kochał? Prędzej nie niż tak, bo przeszłość wygasiła w nim sympatyczne moce. W rzeczywistości nie miał za grosz ognia. Gdyby jego zdolności zagrzewała namiętność, zaprowadziłyby go daleko, ale światło ich było jak księżycowe, świeciło nie grzejąc.
Nie przeszkadzało mu to być, jak to mówią, wybornym chłopcem, doskonałym kolegą i wesołym towarzyszem. Jeżeli czuł jakie przywiązanie, to chyba do Szwarca. Miewał jednak swe sympatie i antypatie: lubił Malinkę, a nie lubił Luli.