A im był pokorniejszy, tym ona była zuchwalszą; im był smutniejszy, tym była weselszą.
-Panno Malinko! - szeptał w takich razach Augustynowicz - nie bądź pani nigdy do niej podobną, to kokietka!
-Nie! - odpowiedziała smutno Malinka. -Przypomnę panu te słowa.
I trudno zaiste rzec, co by powiedział Augustynowicz, gdyby po takim wieczorze widział, jak ta przed chwilą kokietka zostawszy sama w swoim pokoju łkała tak, że długie, długie godziny utulić jej nie mogły.
Biedna dziewczyna nie mogła nawet przed nikim wyspowiadać się ze swoich zmartwień i ciężkiej walki, jaką toczyła sama z sobą.
Płakała w chwili słabości. Ile w tych łzach było zranionej miłości własnej, ile szczerego żalu po Szwarcu, trudno było powiedzieć. Dawniej, objąwszy rękoma szyję dobrej Malinki, byłaby wyznała wszystko, co jej przygniatało duszę, ale dziś i Malinka była dla niej obcą, a przynajmniej nie tyle bliską, co ongi. Właśnie owe niefortunne próby kokieterii z Augustynowiczem głęboko obrażały rozkochaną w nim dziewczynę, a przy tym i stosunek Luli do Pełskiego wydawał się jej dziwacznym.
Tymczasem czas płynął, Lula zaczynała wątpić, czy Szwarc kochał ją kiedykolwiek, Pełski nieznacznie karmił ją myślą przyszłego komfortu; czas płynął - a czas, to wedle słów poety: "róż kwitnących przemierzły ogrodnik".