Oczy Luli błysnęły; w tej chwili zapanowała nad sobą, ręce jej jednak drżały nieznacznie.
-Ależ on, biedak, musiał być bardzo chory? - taki blady jak z grobu! Dlaczego pan nie powiedziałeś nam o tym? - mówiła szybko pani Wizbergowa.
-O, pan Adam bał się, żebyśmy nie wygadały się przed Lulą. Ładnie to? - pytała Malinka.
-Co tobie, Lulu, tyś chora?
-Nic, nic! wrócę a chwilkę.
Twarz jej była bledziuchna, w głosie brakło tchu. Wyszła, prawie uciekła do swego pokoiku.
Pani Wizbergowa chciała biec za nią. Malinka łagodnie, lecz stanowczo zatrzymała ją.
-Nie trzeba tam chodzić, mameczko.
Potem zwróciła się do Augustynowicza, a głos jej dźwięczał poważnie i smutno.
-Panie Adamie?
Augustynowicz zaciął wargi.
-Panie Adamie! cóż? Lula to kokietka, bez serca... nieprawdaż?
-Możem się omylił - bąkał Augustynowicz - ale... ale...
Nie śmiał wykrztusić z siebie w tej chwili, że Szwarc się żeni z Heleną, że Szwarc nie przyjdzie więcej.
Wróciwszy do domu bał się także powiedzieć Szwarcowi o tym, co zaszło.
Lula zamknęła się w swoim pokoju. Głowa jej płonęła, a myśli niby wianek z iskier i lodu obsiadły jej skronie; w ciszy słychać było wyraźnie jej przyśpieszony oddech i bicie serca. Szwarc, Pełski, Malinka, Augustynowicz kręcili się przed nią w niepojętym zamęcie, a z tych rozkruchów myśli, jak z grobu, podnosiła się wyżej i wyżej blada, z przymkniętymi oczyma, prawie martwa głowa Szwarca. "On chory, chory!" - powtarzała półgłosem. "I umrze, i nie przyjdzie już tutaj!" Biedna Lula jeszcze inaczej niż Malinka tłumaczyła sobie powody nieobecności Szwarca. Sądziła, że poświęcił się dla niej, że nie chcąc stawać między nią a Pełskim zrzekł się jej i dlatego tak cierpi i choruje. "A jednak kto mu powiedział, że z Pełskim będę szczęśliwszą? - szeptała z cicha. -Nie ufał mi... Boże mój! Boże! a czy mógł ufać?" Pamięć stawiła przed nią, jak wyrzut, owe chwile błyszczących spojrzeń, wabnych i aksamitnych słówek dla Pełskiego; wspomniała i ów rumieniec wstydu, jakim spłonęła, gdy Pełski dowiedział się, że Szwarc jest synem kowala. I teraz twarz płonącą ukryła w dłonie, ale był to już inny wstyd. Zdawało jej się w tej chwili, że choć sam Szwarc był kowalem, jeszcze by z rozkoszą całowała jego okopcone czoło, jeszcze by pełna szczęścia złożyła główkę na jego dzielnej, choć kowalskim fartuchem pokrytej piersi.

WJKQXQM WJZBQKM WJZYXXM WJVZKBM WJKXYYM