-A czy przyjdzie? - spytała cichutko Lula.
-Przyjdzie. Biedak, on chorował... pewno z tęsknoty. Nie rozumiałam, co znaczyło, że pan Adam nie chciał powiedzieć, dlaczego go nie ma - teraz rozumiem: Szwarc mu zabronił - nie chciał ciebie przestraszać.
-Ja myślę, że nie chciał przeszkadzać Pełskiemu... Taki niedobry!
-A cóż Pełski?
-Właśnie miałam ci powiedzieć: oświadczył mi się dzisiaj.
-I cóż?
-Omówiłam, Malinko.
Chwilę trwało milczenie.
-Nie chciał nawet przyjąć ręki, którą mu podałam na pożegnanie, ale czyż mogłam inaczej uczynić, Malinko? Wiem, że postępowałam z nim bardzo niedobrze, o, bardzo niedobrze! ale czy mogłam zrobić inaczej? Ja go nie kocham.
-Lepiej późno niż nigdy, słuchałaś głosu serca. Ty tylko ze Szwarcem możesz być szczęśliwa.
-O tak, tak!
-Za jaki miesiąc - prawiła Malinka - ubierzemy Lulę w białą sukienkę, opłaczemy Lulę panienkę, a będziemy się cieszyli z Lulą mężatką. O, wy będziecie szczęśliwi! Musi on być dobry, kiedy go tak wszyscy szanują.
-Wszyscy go tak szanują? - powtórzyła Lula, której jednocześnie chciało się śmiać i płakać.
-A tak. Moja mama to się nawet go boi... i ja troszeczkę; ale go poważam za jego charakter.
Lula podłożyła obie ręce pod głowę i ciągle wsparta na kolanach Malinki, patrzała jasnymi od łez oczyma w jej twarz.
A tymczasem ściemniło się do reszty, księżyc zeszedł, psy się uśpiły - słychać było tylko szepty dwóch rozmarzonych pogadanką panienek.
Nagle przerwał ją dzwonek w przedpokoju.
-Może to on! - zawołała Lula.
Ale to nie był "on", bo w przedpokoju dał się słyszeć głos Augustynowicza.
-Panie są w domu?
-Idź, Lulu, do tamtego pokoju i schowaj się - mówiła szybko Malinka - ja mu opowiem, jak dałaś odkosza Pełskiemu, i poproszę, żeby to powtórzył Szwarcowi. Zobaczymy, czy nie przyjdzie! Możesz słuchać.
Drzwi się otworzyły, wszedł Augustynowicz.