Gorycz tych myśli osiadła teraz na sennym czole Augustynowicza, a tymczasem szyby z czarnych zaczęły się robić szare... Dniało. w pokoiku blask świecy różowiał stopniowo i omdlewał, przedmioty zaczęły się wychylać z cienia, na korytarzach słychać już było kroki służby szpitalnej. W godzinę potem wszedł doktór.
-Cóż chory? - spytał.
-Źle - odrzekł krótko Augustynowicz.
Doktór wysunął z powagą dolną wargę, namarszczył się i wziął za puls chorego.
-Co pan myślisz? - spytał Augustynowicz.
-A cóż? nic nie myślę - źle, bardzo źle!
Po twarzy Augustynowicza przeleciał odcień ironii.
-Za to ja coś myślę, profesorze, a myślę, że medycyna to bardzo głupie dziecko, co sądzi, że jak się weźmie rękami za pięty, to się podniesie do góry, nieprawda?
Doktór kiwnął parę razy głową, zapisał chłodzące lekarstwo i poszedł. Augustynowicz, spojrzawszy na receptę, znów z kolei pokiwał głową, wzruszył ramionami i siadł przy łóżku.
Tymczasem pod wieczór choremu pogorszyło się jeszcze, koło północy był prawie umierający. Augustynowicz płakał jak dziecko i rozbijał się o ściany celki. Znów przesiedział całą noc.
Nad ranem zdawało mu się, że spostrzega lekkie polepszenie, a było to polepszenie zwodnicze. Na chorym powystępowały blade i czerwone plamy, widocznie wypalił się w gorączce i gasł.