Wieczorem przyszła pani Wizbergowa. Augustynowicz nie puścił jej do celki. Z twarzy jego poznała, że musiało zajść coś strasznego.
-Żyje? - zawołała.
-Umiera! - odrzekł krótko.
W kilka godzin potem kapelan szpitalny kładł na Szwarca ostatnie oleje. Augustynowicz nie miał siły być przytomnym obrzędowi; wybiegł na miasto.
Potrzebował zebrać myśli, potrzebował odetchnąć; czuł, że i jemu myśli zaczynają się mącić, prawdopodobny zgon Szwarca rozrywał mu ich równowagę. Spodziewał się wszystkiego, ale nie żeby Szwarc umarł.
Sam nie wiedział, dokąd biegnie. Kilka razy zatrzymywał się jakby z obawy, że wróci za późno.
Nagle jakaś myśl błysnęła mu w głowie. Spostrzegł, że stoi przed domem Heleny.
-Wejdę. Niech go pożegna.
W pół godziny potem Helena klęczała przy łóżku Szwarca. Rozwinięte jej włosy leżały w szerokich splotach na pościeli; rękoma obejmowała stopy chorego, twarzą spoczęła na nich.
W salce szpitalnej cisza panowała jak w grobie, słychać było tylko szybki, urywany oddech chorego.
Tak upłynęła długa, przeklęta noc, której każda minuta zdawała się być dla Szwarca ostatnią. Wreszcie trzynastego dnia od początku choroby nadeszło przesilenie.
Choremu było stanowczo lepiej.
Koło jego łóżka siedzieli nieodstępnie Augustynowicz i Helena; ta ostatnia zdawała się zapominać o świecie przy tym łożu. Razem z życiem Szwarca wracało i jej życie. Cieszyła się do szaleństwa każdym, choćby najmniejszym objawem polepszenia.