Taką była wdowa.
Weszła do izby i jak kamienny posąg stanęła przy drzwiach w smętnym majestacie. W klubie było dymno i parno; w powietrzu drgały jeszcze ostatnie dźwięki piosenki trochę rozpustnej i rubasznej zarazem, a na owym nieczystym tle zakwitła wdowa jak wodny kwiat na mętnej fali. Uciszyło się. Szanowano ją tam - w jej obecności nawet Augustynowicz stawał się znośnym; niektórzy pamiętali Potkańskiego, inni schylali głowy przed jej nieszczęściem, byli i tacy, co czcili w niej piękność. Zebranie przybrało tedy przyzwoitszy pozór.
Gustaw podsunął przybyłej krzesło i zdjąwszy z niej szal ciepły odszedł w kąt do Szwarca, który zajęty i zdziwiony zwracał na nią błyszczące oczy.
Gustaw począł rozmowę ze Szwarcem.
-To ona! - rzekł półgłosem.
-Rozumiem.
-Nie pokazuj jej się bardzo. Biedactwo! każda nowa twarz sprawia jej zawód, wciąż szuka męża.
-Dawno ją znasz?
-Drugi rok. Na ślubie Potkańskiego byłem świadkiem i drużbą (Gustaw uśmiechnął się gorzko). Po jego śmierci widuję ją co dzień.
-Mówił mi Wasilkiewicz, że dałeś jej pomoc i opiekę.
-Dałem, nie dałem; musiał się tym ktoś zająć, to ja się zająłem, ale taka też to i opieka. Rób, co chcesz, pracuj, lataj, zabiegaj - bieda i bieda! Ot, czasem rozpacz ogarnia.