-A rodzina?
-Jaka?
-Jego.
-Krzywdzą ją! - wołał gwałtownie Gustaw.
-Ale to bogaci ludzie podobno?
-Krzywdzą ją! Panki! nabożnisie! Jeszcześmy nie skończyli; długo popamiętają krzywdę tego gołębia. Słuchaj, Szwarc! żeby maleńkie dziecko z tego rodu prosiło mnie o kawałek chleba z głodu, to bym go wolał psu rzucić.
-Romanse!
-Szwarc, nie krzywdź mnie! Ja, biedny człowiek, słów nie marnuję; ale Potkański już w szpitalu przed samą śmiercią oprzytomniał trochę i powiada: "Gustawie, zostawiam ci żonę, przyjmij ją." Powiadam: "Biorę ją w opiekę." On pyta: "Nie dasz jej z głodu umrzeć?" Mówię: "Tak!" On znowu: "Nie daj, pomścij, jakby ją kto chciał krzywdzić." Ja na to: "Jak mi Bóg i życie miłe, pomszczę!" Potem zgasł jak gromnica - ot, masz wszystko!
-Nie wszystko! nie wszystko, bracie!
-Mówił ci i resztę Wasilkiewicz. To dobrze! Powtórzę ci toż samo: nie mam nikogo na świecie, ani ojca, ani matki, sam bieduję z dnia na dzień, a z życiem wiąże mnie (pokazał oczyma wdowę) ta jedna.
A tu mało świadomy jeszcze Szwarc miał sposobność ocenić to, co jest namiętność, gdy wzbierze w młodej piersi i ognia do krwi doleje. Ów suchy i skurczony Gustaw zdawał się w tej chwili nabierać sił i życia, zdawał się wyższym i mężniejszym, wstrząsnął włosami jak lew grzywą, na twarz wystąpił rumieniec.