-No, panowie! - zabrał głos Wasilkiewicz - godzina późna, a nie wszystkich czeka sen po wyjściu stąd. Jeszcze jedna nasza piosneczka, a potem, kto wola, dobranoc!
Siedzący przy fortepianie o dziewiczej twarzy młodzieniec wziął kilka znanych akordów; wkrótce zabrzmiała z początku na kilka, potem na cały chorał młodych głosów rozłamana, miła młodzieży piosenka: Gaudeamus.
Szwarc zbliżył się więcej niż inni do fortepianu. Stał bokiem odwrócony do wdowy, pod światło, ale kinkiet, wiszący przy ścianie, obrzucał profil jego jedną ognistą linią. Za chwilę promienie oczu wdowy padły na ową linię, niespokojnie wiążąc ją z własnymi myślami; nagle podniosła się blada jak marmur, z gorączkowym światłem w oczach i wyciągnąwszy ręce przed siebie krzyknęła:
-Kazimierzu mój, znalazłam cię!
W głosie jej czuć było nadzieję, trwogę, radość i przebudzenie. Ucichło. Wszystkich oczy zwróciły się na Szwarca, i tych, którzy znali Potkańskiego, dreszcz przebiegł. W świetle i cieniu ta wysoka, silna postać była jakby odbiciem postaci Potkańskiego.
-Nie spostrzegłem się - mruczał Gustaw, wracając o świcie do domu - hm! no, już jej przeszło, ale gorączka była!... Podobny jest w istocie... Niech to diabli porwą!... A dusi mnie dziś w piersiach przeklęcie.