Szwarc przyjął propozycję Gustawa i za chwil kilka byli już w małej studenckiej izdebce.
-Hę, dawnośmy się nie widzieli; rok jak skończyliśmy szkoły - mówił Gustaw, ustawiając kuferek i zawiniątko Szwarca. -Rok, kawał czasu. Cóżeś robił przez ten cały rok?
-Siedziałem u ojca, który mi nie pozwalał iść do uniwersytetu.
-A cóż mu to szkodziło?
-Człowiek był dobry, ale prosty - kowal.
-A cóż teraz, pozwolił?
-Umarł.
-Dobrze zrobił - mówił kaszląc Gustaw. -Przeklęta astma! dręczy mnie od pół roku. Dziwisz się, że sapię?... Będziesz i ty sapał, gdy posiedzisz nad książkami tak jak ja. Z dnia na dzień ani chwili spoczynku. A i z biedą gryź się, jak pies z psem... Pieniądze masz?
-Mam, sprzedałem domostwo po ojcu: mam dwa tysiące rubli.
-Setnie!... To ci wystarczy. Mnie bieda! przeklęta astma!... Oj, tak! Trzeba się uczyć! Zaledwie wieczorem trochę odetchnienia; dzień na prelekcjach, noc na robocie... Ani się przespać! To u nas! Jak wejdziesz w nasze życie, zobaczysz, co to uniwersytet! Dziś cię zaprowadzę do klubu albo po prostu - knajpy, trzeba się zapoznać z kolegami: dziś zaraz pójdziesz tam ze mną.
Gustaw bez przerwy kręcił się po pokoju, sapiąc i pokaszlując. Patrząc na jego zgarbione plecy, zapadłą twarz i długie włosy, można by go raczej wziąć za człowieka zmęczonego wesołym życiem, nie pracą; ale stosy książek i zapisanych papierów, ubóstwo w urządzeniu izby aż nadto świadczyły, że gospodarz należał do owego rodzaju nocnych ptaków, co więdną zgarbieni nad książką i umierają z myślą o kreskowaniu lub niekreskowaniu jakiejś litery.