Tego doświadczał Gustaw, gdy wchodził do pokoiku wdowy. Wszystkie rodzaje pragnień, jakie duh i krew razem wytworzyć mogą, nalatywały wtedy nań zewsząd niby stada ptactwa.
Ona stała przed nim.
Wyglądała blado, na policzkach jej przebijał się lekki ślad rumieńca lub może odblask wieczoru. Delikatny jego profil rysował się milcząco jak sylwetka na tle okna. Trzymała w ręku grzebień i stojąc przed małym zwierciadłem srebrnym czesała włosy. Przepyszne rozpuszczone sploty wiły się niby fale koło jej bladego czoła. Złoto owo spływało po jej piersiach i plecach, zdawało się kapać jak rozpuszczony bursztyn.
Spostrzegłszy Gustawa powitała go dłonią i ledwo dostrzeżonym uśmiechem. Wdowa już wyszła z dawnej swej skamieniałości. Nagłe a gwałtowne wstrząśnienie, jakie widok Szwarca na niej wywołał, ocuciło ją. Poczęła myśleć. Jednej tylko rzeczy nie mogła z początku rozwiązać: postać Szwarca tak w jej umyśle plątała się z postacią Potkańskiego, że sama nie wiedziała, czy mąż jej dawny nazywał się Szwarc, czy Potkański. Były to resztki obłędu. Ale wkrótce wrócił promień światła w ów pokryty ciemnią umysł. Prosiła Gustawa, by mogła widywać Szwarca; Gustaw, lubo z niechęcią, zgodził się na to. Z tęsknotą wyczekiwała wieczoru, kiedy mogła oglądać to dawne wspomnienie szczęścia. Nie Szwarca, ale owego wspomnienia w nim szukała. Był jednak dla niej koniecznym.