-Kto go bierze na własną odpowiedzialność? - spytał któryś z antagonistów Szwarca.
-Ja! - krzyknął grzmiącym głosem Szwarc i cisnął czapkę na ziemię.
W izbie powstał gwar i zamieszanie. Szwarca poparł całym wpływem Wasilkiewicz, inni się upierali za wydaleniem - zrobił się "huczek niemały". Szwarc wskoczył na ławkę i zwracając się do Augustynowicza krzyknął:
-Przebaczają ci! Zabieraj się i choć ze mną!
Wyszedłszy, zatarł ręce z wewnętrznej radości i zawołał:
-Szkoda było takiej głowy! Prócz tego, zjedzą diabła, jeżeli coś teraz zrobią beze mnie!
-Szwarc! dlaczego mnie ratowałeś? - pytał Augustynowicz.
Szwarc zwrócił ku niemu twarz surową.
-Dziś jeszcze sprowadzisz się do mnie.
Inny tymczasem dramat rozgrywał się w mieszkaniu Potkańskiej. Była to szczególniejsza kobieta; nie mogła, nie umiała żyć, nie uczepiwszy życia o jakieś uczucie. Pierwszy raz trafiła szczęśliwie, więc była wzorem matki i żony. W obecnej chwili zdawało jej się, że znalazła ratunek w Szwarcu, a tu miesiące płynęły, jak go nie widziała. Coraz usilniej pragnęła go, coraz silniej opierał się temu Gustaw.
Musiało nastąpić ostateczne starcie tych wprost przeciwnych usiłowań.
-Jeśli mi go nie wrócisz - mówiła pewnego wieczoru łzami zalana wdowa - to ja sama pójdę go szukać. Jam gotowa klęknąć przed tobą i na kolanach prosić ciebie o niego. Gustawie, mówisz, że Kazimierz prosił ciebie, byś miał opiekę nade mną... więc zaklinam ciebie na imię jego... o Boże, Boże!... Ty nie rozumiesz, że można cierpieć... tyś chyba nigdy nie kochał!