-Mów.
-Bałem się zakochać w Potkańskiej. Ani słowa: nieszczęśliwa kobieta, ale na brodę proroka, cóż mnie to obchodzi? Wiem tylko, że testamentem przechodzi z rąk o rąk, że kto tylko zbliży się do niej, zaraz otrzymuje wiekuistą szczęśliwość... brr! na honor, nie chciałbym być testatorem takiego stypendium, choćby dla przyjaciela.
Szwarc postawił na stole szklankę nie dopitej herbaty i zwróciwszy się do Augustynowicza, rzekł zimno:
-Tak, ale ponieważ ja jestem egzekutorem testamentu, bądź łaskaw mówić o zapisie z większym szacunkiem.
-Dobrze, powiem ci zupełnie serio już nie o tym, kim lub czym jest Potkańska, ale co ty powinieneś zrobić. Mówię bez interesu, nawet na szkodę własną. Rzecz jest taka - Augustynowicz usiadł na łóżku. -Znam ciebie, znam ją, ona ci sama rzuca się w ramiona. Inicjatywa ze strony kobiety... Ho! to się na nic nie zdało! Miłość to trzeba zdobyć. Za miesiąc znudzisz się, zmęczysz i ciśniesz ją do diabła... Szwarc! ja ci dobrze życzę, żeń ty się z Heleną, póki czas...
Szwarc zmarszczył brwi więcej niż poprzednio i odrzekł krótko:
-Zrobię, jak uznam za stosowne.
A rzeczywiście, to małe słówko "ożenić się" nie przyszło mu jeszcze do głowy. Całując ręce Potkańskiej nie pomyślał o konsekwencji pocałunków. Gniewał się na siebie i na to szczególniej, że ktoś przypomniał mu obowiązki sumienia. Dzień, dwa, później niezawodnie sam by sobie przypomniał. Upomnienie z cudzej strony odbierało tej myśli urok samodzielnego, płynącego z miłości czynu, robiło ją przymusem.