Podniósł głowę i spojrzał w oczy Potkańskiej, potem począł mówić:
-Heleno, zdaje mi się, że cię bardzo głęboko kocham, ale głupota ludzka drażni moją miłość własną, wyzywa mnie. Chciałbym w tobie samej znaleźć przeciw niej siłę. Ufaj mi, Heleno, kochaj mnie!
-Nie rozumiem ciebie, mój Józefie?
Szwarc, ująwszy rękę Heleny, mówił łagodnie:
-A jednak powinnaś mnie rozumieć. Pochlebiam sobie, że nie ustąpię Potkańskiemu w miłości do ciebie ni w pracy o twoje szczęście. Ale jest między nami różnica. On, syn magnata, mógł od razu podać ci rękę, otoczyć cię dostatkiem; jam syn rzemieślnika, ja długo jeszcze muszę pracować na twoje i własne szczęście. Nie opuszczę ciebie teraz, ale nie chcę, żebyś jako żona moja zetknęła się z zimną rzeczywistością ubóstwa, od którego cię tamten odzwyczaił. Do tego jednak potrzeba mi miłości twej i zaufania. Mów, Heleno...
Helena nic nie odrzekła, ale zbliżyła się do Józefa i położywszy mu głowę na piersiach podniosła nań oczy pełne dziecinnej ufności.
-Oto moja odpowiedź, Helenko moja dobra - rzekł Szwarc i długim pocałunkiem połączył jej usta ze swoimi.
-Może to egoizm z mojej strony, ale przebacz mi go - mówił dalej. -Nie zdobyłem ciebie zasługą ani cierpieniem, nie uczyniłem dla ciebie nic zgoła. Widmo bogactw, jakimi cię otaczał Potkański z jednej, poświęcenie Gustawa z drugiej strony, stawałyby zawsze między nami. Pozwól mi zasłużyć na ciebie, Heleno, mam dość siły i energii, nie zawiodę ciebie.