-Panie! - zawołała - ojciec mi umiera!
Szwarc, nie rzekłszy słowa, porwał narzędzia lekarskie i zaleciwszy rozbudzonemu Augustynowiczowi, by ruszał co sił na górę, sam pobiegł za nią. W pierwszym pokoju stało łóżeczko hrabianki z kołdrą odrzuconą, snadź przed chwilą opuszczone; w drugim leżał hrabia. Oddychał, a raczej rzężał głośno; był już nieprzytomny, na ustach miał krwawą pianę, a twarz siną. Za chwilę przybiegł Augustynowicz nie uczesany i zaledwie ubrany. Obaj zajęli się chorym, nie zważając na hrabiankę, która z jękiem uklękła w nogach łóżka, prawie nieprzytomna. Nagle Szwarc z Augustynowiczem spojrzeli sobie w oczy, wzajem spostrzegłszy, że nie ma najmniejszej nadziei.
-O Boże, Boże! może by jeszcze kogo zawołać! - wybuchnęła ze łzami hrabianka.
-Ruszaj po Skotnickiego - krzyknął Szwarc.
Augustynowicz pobiegł, chociaż był pewien, że wróciwszy z doktorem nie zastaną już hrabiego między żyjącymi. Tymczasem Szwarc z całą energią i przytomnością umysłu zajął się chorym, puścił mu krew, wreszcie spojrzawszy na zegarek oświadczył, że atak przeminął.
-Dzięki Bogu! Więc jest jeszcze nadzieja! - zawołała hrabianka.
-Atak przeminął... - powtórzył Szwarc.
Tymczasem weszli Augustynowicz z doktorem.