Ale nie wyszedł bez śladów walki. Miał gorączkę we krwi i nie mógł myśleć spokojnie. Rozmaite obrazy małych a drogich wspomnień przychodziły mu na pamięć, przy tym, w tej chwili więcej niż kiedykolwiek, wierzył we wzajemność Luli. "Czy mam prawo łamać i jej szczęście?" Ta głupia i niedołężna myśl huczała w nim jak ostatnie strzały zwyciężonych wojsk, rozbił ją jednak refleksją, że między nim i Heleną stoi obowiązek, między nim i hrabianką - nic.
Inne tkwiły trudności w następstwach postanowień Szwarca. Postanowienie było uczciwym, a jednak, żeby go zmienić w czyn, należało skłamać i potem kłamać przez całe życie, udając miłość.
-Złe następstwem dobrego! Ech, czy nie przyjdzie zwariować - myślał Szwarc. -A to życie się plącze jak nić. Każdy kręci się za szczęściem jak pies za własnym ogonem i każdy z równym powodzeniem go goni.
Ho! Szwarc nie lubiący deklamacji wpadał jednak w dialektykę nieszczęścia. Taka filozofia ma jednak urok: człowiek lubi swą niedolę jak dolę.
Tymczasem zapadał wieczór, a Heleny nie było widać. Szwarc przypuszczał, że musiała pójść na cmentarz, i sam nie wiedział, dlaczego myśl owa rozgniewała go tym razem. Tymczasem zapalił świecę i jął chodzić po pokoju. Przypadkowo wzrok jego padł na portret Potkańskiego; Szwarc nie znał go, a nie lubił, chociaż na usprawiedliwienie antypatii zaledwie mógł przytoczyć słowo "panicz".