Ze smutnym uśmiechem i tak wyciągniętą ręką czarowała niewypowiedzianym urokiem kobiety rozkochanej. Gdyby miała gwiazdę we włosach, mogłaby ujść po prostu za anioła, może nawet miała koło głowy aureolę, jaką daje miłość, ale dla Szwarca nie była aniołem ani nie miała aureoli.
Dotknął jednak ustami jej ręki.
-Siądź, Heleno, koło mnie i słuchaj - mówił. -Dawno nie byłem u ciebie, a chciałbym, żeby wróciła między nami dawna swoboda i dawne zaufanie.
Zrzuciła okrycie i kapelusz, ręką poprawiła włosy i siadła milcząc. Wielka niespokojność malowała się na jej twarzy.
-Słucham cię, Józefie.
-Cztery lata już, jak umarł Gustaw, który powierzył mi ciebie. Spełniałem dane mu przyrzeczenia, jak mogłem i umiałem, ale stosunek nasz nie był taki, jak być powinien. To się musi zmienić, Heleno...
Potrzebował odetchnąć, miał wydać wyrok na siebie.
W ciszy, jaka trwała przez chwilę, słychać było uderzenia serca Heleny. Twarz jej bladła, oczy mrużyły się szybko, jak zwykle u kobiet przerażonych.
-Musi się zmienić? - szeptała zaledwie dosłyszalnie.
-Bądź moją żoną.
-Józefie!
Złożyła ręce jak do modlitwy i chwilę popatrzała na niego błędnymi od tłoczących się myśli i uczuć oczyma.
-Bądź żoną moją. Czas, o którym ci dawniej mówiłem, nadszedł.