ROZDZIAŁ XIV
W kilka dni później Augustynowicz, siedząc w mieszkaniu Szwarca, pracował wiele na intencję zbliżających się egzaminów. Miłując we wszystkim efekt, okna pozasłaniał roletami, a na środku izby ustawił stół, przed którym stał w tej chwili z pozawijanymi za łokcie rękawami. Widocznie robił jakieś doświadczenia; na stole było mnóstwo szklanych rupieci, stały słoiki pełne proszków i cieczy, paliła się spirytusowa lampka, ogarniając błękitnym płomieniem głupowatą głowę retorty, drżącą pod wpływem gorąca zawartego w niej płynu.
Robota paliła się, jak to mówią, w rękach Augustynowicza; nikt nie umiał tak szybko pracować jak on.
Z wesołym uśmiechem na twarzy pracował istotnie z zapałem, często przerywając sobie piosenką, dialogiem z pierwszym lepszym naczyniem lub pobożną uwagą nad znikomością świata tego.
Czasem ciskał na chwilę robotę i wzniósłszy oczy i ręce do góry deklamował wielce tragicznym tonem:
Ach, Eurydyko! przy twej piękności
Przeszedłem szczeble mej pomyślności,
I wyrok delfów był niewątpliwy,
Żem ja na ziemi jeden szczęśliwy.
Czasem znów w setnych trelach i spadkach śpiewał:
O piano! piano! - Zitto! pia-ha-ha-no!
Lub podobne utwory własnego naprędce pomysłu:
A gdybyś fajkę, młodzieńcze, nałożył