-Nie będzie po dawnemu bywał co dzień w Bełczączce, ale zanim opiekun z panem Grothusem i panem Cyprianowiczem zdążą przyjechać z Jedlinki, musi wrócić po czapkę, więc go zobaczę i powiem mu, że był okrutny i niesprawiedliwy i że nie powinien był tak postąpić.
Ale nie była sama ze sobą szczera, albowiem chciała mu powiedzieć więcej - znaleźć jakieś ciepłe, serdeczne słowo, które by nawiązało na nowo zerwane między nimi nici. Byle się to stało, byle się mogli widywać bez gniewu w kościele albo czasem u sąsiadów - to w przyszłości znajdzie się jakiś sposób, aby wszystko obróciło się na dobre... Jaki to miał być sposób i co miało być tym dobrem, nad tym nie zastanawiała się w tej chwili panna Sienińska, albowiem myślała przede wszystkim o tym, aby jak najprędzej Jacka zobaczyć.
Tymczasem z pokoju, w którym leżeli ranni, wyszła pani Winnicka i ujrzawszy wzburzoną twarz i zaczerwienione oczy dziewczyny, poczęła ją uspokajać:
-Nie bój się, nic im nie będzie. Jeden tylko z Bukojemskich ciężej poszwankowan, ale i temu nic nie będzie. Inni mało co. I opatrzył ich dobrze ksiądz Woynowski, tak że nic zmieniać nie trzeba. Dobrej są też myśli i weseli.
-Chwała Bogu.
-A Taczewski pojechał? Czego tu chciał?