Po chwili otwarły się drzwi i do izby wszedł wysoki siwy mąż z czarnymi oczyma patrzącymi mądrze i dobrotliwie.
Mąż ów skłonił się w progu i rzekł:
-Jestem Cyprianowicz z Jedlinki.
-Jakże, widziałeś waszmość pana na odpuście w Przytyku, ale jeno z daleka, bo zjazd był srogi - zawołał ksiądz, posuwając się żywo ku gościowi. -Witam waszmości z radością w moich niskich progach.
-I ja też z radością tu przybywam - odpowiedział Cyprianowicz. -Wielki to i miły obowiązek pokłonić się tak znakomitemu rycerzowi i tak świętemu kapłanowi.
-To rzekłszy, ucałował staruszka w ramię i w rękę, choć ów bronił się, mówiąc:
-At, co za świętość! Może oto te bestiae mają więcej zasługi przed Bogiem niż ja.
Ale Cyprianowicz mówił z taką prostotą i szczerością, że od razu ujął księdza Woynowskiego, poczęli więc wzajem mówić sobie słowa przychylne i z serca płynące.
-Poznałem i syna waszmości - rzekł staruszek - zacny to kawaler i górnych manier. Owi Bukojemscy przy nim ledwo jak jego dworzanie. To powiadam waćpanu, że Jacek Taczewski tak go od razu pokochał, że nic, tylko go wciąż wychwala.
-I mój Stach również. Często to bywa że się ludzie biją, a potem kochają. Nikt z nas nie tylko żadnej urazy do pana Taczewskiego nie żywi, ale wszyscy chcielibyśmy rzetelną amicycję z nim zawrzeć. Byłem też u niego w Wyrąbkach i stamtąd jadę. Myślałem, że go tu znajdę, i chciałem zaprosić do Jedlinki was, księżę dobrodzieju mój, i jego.