Z powodu roztopów i "klejowatości" gościńca tudzież z powodu ciężaru kolaski, którą sześć koni ciągnęło z niemałym trudem, posuwali się bardzo wolno. W miarę jak słońce szło wyżej i wyżej, uczyniło się tak ciepło, że panna Sienińska rozwiązała wstążki kapturka, sam kapturek odsunęła na tył głowy i poczęła rozpinać na przedzie łasiczą szubkę.
-Tak-że ci to dogrzewa? - spytała pani Winnicka.
-Wiosna, ciotuchno! Szczera wiosna! - odpowiedziała.
I tak była cudna ze swą wysuniętą z kapturka jasną, nieco roztarganą głową, ze śmiejącymi się oczyma i różową twarzą, że surowe oczy Pągowskiego złagodniały także. Przez czas jakiś patrzył na nią, jakby ją po raz pierwszy w życiu widział, po czym rzekł jakby na wpół do niej, na wpół do siebie:
-No, aleś i ty nie gorsza! Dalibóg!
A ona uśmiechnęła się do niego w odpowiedzi.
-O, jak to wolno jedziem! - rzekła po chwili. -Okrutnie ciężka droga. Prawda, jegomość, że jeśli kto ma długą podróż przed sobą, to chyba musi czekać, aż drogi trochę obeschną?
Na to zmierzchła znów twarz pana Gedeona, więc nie odpowiedział na pytanie, tylko wyjrzawszy z karety, rzekł:
-Jedlnia.
-To może wstąpim do kościoła? - zapytała pani Winnicka.
-Nie wstąpim, naprzód dlatego, że kościół na pewno zamknięty, bo ksiądz też pojechał chyba do Przytyka, a po wtóre, że mnie ciężko obraził i umknę mu ręki, jeśli się do mnie zbliży.