Tymczasem, pomimo że na dworze była odwilż i ziemia miękka, z drugiej strony dworu dał się słyszeć jakby głuchy turkot - i rozległ się dość długo, jakby ktoś dwa razy objeżdżał dziedziniec. Więc stary Krzepecki, który już był podniósł kielich, postawił go znów na stole i począł patrzyć na drzwi.
A za nim uczynili to wszyscy inni.
-Zobaczyć, kto przyjechał! - rzekł do czeladnika pan Pągowski.
Pachołek skoczył i zaraz potem powrócił.
-Nie masz nikogo - rzekł.
-To dziwne - ozwał się prałat Tworkowski - słychać było wyraźnie.
-Wszyscy słyszeliśmy - odrzekł jeden z bliźniaków Sulgostowskich.
-I psy przestały wyć - dodał drugi.
Wtem drzwi od sieni, widocznie źle zamknięte przez czeladnika, otworzyły się same i do izby wpadł znowu powiew tak silny, że zgasił od razu kilkanaście świec.
-Co to jest? Zamykać drzwi! Świece gasną! - ozwało się kilka głosów.
Lecz wraz z powiewem wleciał do pokoju jakby przestrach. Pani Winnicka, osoba bojaźliwa i przesądna, poczęła się żegnać głośno:
-W imię Ojca i Syna, i Ducha...
-Cicho, acani! - rzekł pan Pągowski.
Po czym zwróciwszy się do panny Anny, ucałował jej rękę.
-Nie pomiesza mi radości byle zgaszona świeca - rzekł - i daj mi Bóg być jeno do końca życia tak szczęśliwym, jako w tej chwili jestem, prawda, Anulko?