-Hultaje! Psubraty! Ja tu pan! Ja tu gospodarz!
I wyjechał na nich do sieni, skąd doszedł jeszcze jego przeraźliwy głos:
-Kijów, rózeg!
A ci tu w izbie stali jak wśród rumowiska, patrząc na siebie zgorszonym wzrokiem i kiwając głowami.
-Jeszczem też takich rzeczy w życiu nie widział - ozwał się jeden z Sulgostowskich.
A drugi rzekł:
-Dziwna śmierć i dziwne jej okoliczności. Patrzcie, toż tu, rzekłbyś: Tatarzy wtargnęli.
-Albo złe duchy - dodał Zabierzowski. -Straszna jakowaś noc.
Kazali jednakże wyleźć ukrytej pod stołem czeladzi, by uczynić w izbie ład jaki taki. Pachołkowie wyszli, wytrzeźwieli zupełnie ze strachu, i rączo wzięli się do roboty, a tymczasem powrócił Marcjan.
Był już spokojniejszy, tylko jeszcze wargi trzęsły mu się ze złości.
-Popamiętają - rzekł, zwróciwszy się do obecnych. -Ale dziękuję waćpanom, żeście mi pomogli do ukarania tych łajdaków. Nie luźniej im tu będzie niż za nieboszczyka! moja w tym głowa!
Na to spojrzeli na niego zaraz bystro obaj Sulgostowscy i jeden rzekł:
-Tak samo waćpan nie masz nam za co dziękować, jak my jemu.
-No?
-I dlaczego się tu na jedynego sędziego sposobisz? - zapytał drugi z bliźniaków.
A on począł natychmiast podskakiwać na swoich krótkich pałąkowatych nogach do góry, jakby im chciał do oczu doskoczyć i odrzekł: