-Czy aby się na tym skończyło? - zapytał pan Cyprianowicz.
-Gdzie tam! Ojcze nasz i osobliwy dobrodzieju! Spotkaliśmy owego kosterę, niejakiego Poradzkiego, który począł nam urągać. "Tak (powiada) kpów strzygą! Ale żeście chłopy duże, więc przyjmę was (powiada) za pachołków, gdyż się właśnie do chorągwi zaciągam". Zapłakał na to Łukasz, że ów na pośmiewisko nas podaje, i kiedy to nie wytnie go szablą przez pysk - i padł! Skoczyli tamtemu na pomoc przyjaciele, a my Łukaszowi, i nuż się siekać, aż tu nadchodzi straż marszałkowska i w nas! Dopieroż tamci poczną wołać: "Mości panowie, wolność tu oprymują i całą Rzeczpospolitą w naszych osobach krzywdzą - pogódźmy się". Tak się też stało i Bóg zaraz pobłogosławił, albowiem usiekliśmy w mig ośmiu pachołków, z tych trzech na śmierć, a reszta, co ich było jeszcze z pięciu - w nogi!...
Pan Cyprianowicz aż się za głowę schwycił, a Marek mówił dalej:
-Tak. teraz wiemy. Bóg patrzył na naszą niewinność, aż dopiero kiedy poczęli ludzie krzyczeć, że to gardłowa sprawa - zlękliśmy się i poczęli uciekać. Chcieli nas imać, ale gdy się po staremu rozdało temu i owemu to po łbie, to po karku, uciekliśmy. Stanisław poratował nas końmi swojej czeladzi, ale i tak ledwieśmy głowy unieśli, bo pościg był aż do Sękocina - i gdyby konie były lichsze, byłoby po nas. Szczęściem nikt tam naszego nazwiska nie wiedział, więc też sprawy z tego nie będzie.