-Dla Boga! to się nam chyba powiesić czy co? - zawołał Łukasz.
A pan Cyprianowicz przemierzył kilkakroć jeszcze krokami izbę i mówił dalej, ale już jakby nie do Bukojemskich, tylko do siebie:
-Jak Rzeczpospolita długa i szeroka - jedna wielka uczta, a na ścianie nieznana ręka pisze już: Mane... Tekel... Fares! Leje się wino, a poleje się krew i łzy. Nie ja jeden to widzę, nie ja jeden to przepowiadam, ale próżno ślepemu świece przed oczy stawiać albo głuchemu pieśni śpiewać...
Nastało milczenie. Bracia wciąż patrzyli to na siebie, to na pana Serafina, w coraz większej konfuzji, wreszcie Łukasz szepnął:
-Niech się rozpuknę, jeśli co rozumiem.
-I ja.
-I ja...
-Bo, żeśmy parę razy podpili...
-Cicho, nie wspominaj...
-Jedźmy do domu...
-Jedźmy.
-Czołem waszmości dobrodziejowi! - rzekł Marek, wysuwając się naprzód i pochylając się do kolan pana Serafina.
-A dokąd?
-Do leśniczówki. Bóg nas wspomoże...
-I ja wspomogę - odrzekł pan Cyprianowicz - jeno mi się żal wezbrał w sercu i musiałem go wylać. Idźcie waćpanowie na górę, spocznijcie, później dowiecie się, com postanowił.
I w godzinę później kazał zaprząc i pojechał do księdza Woynowskiego.
Ksiądz zgorszył się także niepomału uczynkami Bukojemskich, ale chwilami nie mógł się też wstrzymać od śmiechu, albowiem długie lata służąc wojskowo, pamiętał i przypominał sobie różne przygody, jakie przytrafiały się i jemu samemu, i towarzyszom. Jednakże przepicia koni nie mógł braciom darować.

WJQPYVM WJJYPYM WJJGPZM WJQJJXM WQPZYZM   Opowiadania Mio | Koty Na Drewno | Fryzury | Walentynki | Nieruchomoci Wrocaw