-Żołnierz często poswawoli - rzekł - ale tego nadto, gdyż kto konia zbędzie, ten służbę zdradza. Bukojemskim rzeknę, że byłbym rad, gdyby im sąd marszałkowski łby z karków postrącał. - i pewno, że przykład przydałby się swawolnikom, ale waści wyznam, że byłoby mi ich żal, bo wszyscy czterej chłopy jako się patrzy. Znam ja się na tym z dawnych czasów i z góry powiem, co kto wart. Owóż co do Bukojemskich - niezdrowo będzie tym poganom, którzy się w ataku pierś w pierś z nimi uderzą. Cóż waćpan względem nich zamyślasz?
-Jużci bez poratowania ich nie zostawię, ale tak myślę, że gdybym ich samych wysłał, to może im się toż samo po raz wtóry przytrafić...
-Prawda! - rzekł ksiądz.
-Przeto przyszło mi do głowy, żeby razem z nimi pojechać i wprost rotmistrzowi ich w ręce oddać. Raz pod chorągwią i w karbach - nie będą już sobie mogli na nic podobnego pozwolić.
-Prawda! to arcygrzeczna myśl. Odprowadź ich waćpan do Krakowa, bo tam się będą chorągwie ściągały. Ba! za jedną drogą może i ja się z waścią wybiorę, bo w ten sposób naszych chłopaków obaczym, a potem raźniejsi wrócimy.
Na to uśmiechnął się pan Cyprianowicz i rzekł:
-Sam tylko jegomość wrócisz.
-Czemu zaś?
-Bo ja się też zaciągnę...