To rzekłszy klęknął nagle, objął rękoma jej kolana i począł je przyciskać do piersi. Lecz - niespodziewanie dla niej samej - przestrach jej przeszedł w tej strasznej chwili bez śladu. Zagrała w niej rycerska krew, zbudziła się gotowość do walki do ostatniego tchu. Poczęła z całej siły odpychać dłońmi jego zroszone potem czoło, które tuliło się do jej kolan.
-Nie! nie! wolałabym umrzeć tysiąc razy. Nie!
Wówczas wstał blady, ze zjeżoną czupryną, pełen zimnej wściekłości; przez czas jakiś drgały mu wąsy, spod których przebłyskiwały długie popsute zęby. Lecz jeszcze panował nad sobą, jeszcze przytomność nie odbiegła go zupełnie. Jednakże gdy panna cofnęła się nagle ku drzwiom, zaskoczył jej drogę.
-Tak? - zapytał chrapliwym głosem. -Nie chcesz mnie? Powtórz mi to jeszcze raz do oczu! Nie chcesz?
-Nie chcę! I waćpan mi nie groź, bo się nie boję.
-Jać nie grożę, jeno cię chcę za żonę brać - ba! jeszcze proszę: opamiętaj się! na żywy Bóg! opamiętaj się!
-W czym mam się opamiętać? Wolna mi wola, bom szlachcianka i waćpanu do oczu powiadam: nigdy!
A on zbliżył się ku niej tak, że twarz przysunął tuż do jej twarzy, i mówił:
-To może, miast tu być panią, wolisz drwa do kuchni nosić? Też nie chcesz? To jakże będzie, szlachcianko?... Do których swoich włości stąd pojedziesz? A jeśli ostaniesz, to czyj tu chleb będziesz jeść? Na czyjej będziesz łasce? W czyjej będziesz mocy?... Czyje łoże i czyj ten alkierz, w którym sypiasz? Co będzie, jak każę odjąć zaworę? A ty pytasz, w czym się masz opamiętać? W tym: co wybrać!... albo ślub, albo bez ślubu!...