Napili się znów, po czym Mateusz uderzył pięścią w stół i zakrzyknął:
-Ej! żeby ona tak tego Jacka nie miłowała!
-To i co? - zapytał oburkliwie Jan - to myślisz, żeby się zaraz w tobie zakochała. Patrzcie, jaki mi gładysz!
-Dobrze, żeś ty nie kostropaty! - odparł Mateusz.
I poczęli na się nieżyczliwie spoglądać. Lecz Łukasz, choć zwykle do zwady wielce pochopny, począł ich godzić.
-Ni dla cię, ni dla cię, ni dla żadnego z nas - rzekł. -Inszy ją dostanie i do ołtarza powiedzie.
-A nam jeno żal i łzy - rzekł Marek.
-To się przynajmniej wzajem kochajmy. Nikt nas na świecie nie kocha! nikt...
-Nikt! nikt! - powtarzali na przemian, mieszając wino ze łzami.
-A ona tam sobie śpi - ozwał się nagle Jan.
-Śpi niebożątko! - powtórzył Łukasz - leży jako ten kwiatuszek kosą podcięty, jako ta owieczka od bezecnego wilka podarta. Bracia rodzeni, zali tego wilka nikt nawet i za kudły nie wytarga?
-Nie może być! - zawołali Mateusz, Marek i Jan.
I poczęli znów się burzyć, a im więcej pili, tym częściej zazgrzytał to jeden, to drugi, albo też pięścią w stół uderzył.
-Mam myśl! - zawołał nagle najmłodszy.
-Mów! miej Boga w sercu!
-Ono, widzicie tak! przyrzeklim panu Cyprianowiczowi, że "Pniaka" nie rozsiekamy, prawda?
-Prawda, ale ty gadaj, nie pytaj!
-Wszelako pomścić się za naszą panienkę trzeba. Przyjdzie tu, jako mówili, stary Krzepecki próbować, czy mu pan Cyprianowicz dobrowolnie panny nie wyda. Ale my wiemy, że nie wyda! co?
-Nie wyda! nie wyda!
-Owóż, jak myślicie? nie wyskoczy-li Marcjan na spotkanie wracającego ojca, żeby obaczyć i rozpytać, czy co wskórał?
-Jak Bóg na niebie, tak wyskoczy.
-Ano jest na wpół drogi między Bełczączką a Jedlinką smolarnia tuż przy gościńcu. A żebyśmy tak zaczekali na Marcjana w tej smolarni?...
-Dobrze! Ale po co?
-Jeno sza! cicho!
-Sza!...
I poczęli oglądać się po izbie - choć wiedzieli, że prócz nich nie ma w niej żywego ducha - a potem szeptać. Szeptali długo, to głośniej, to ciszej, wreszcie rozpromieniły im się oblicza, dopili duszkiem wina, uściskali się wzajemnie i po cichu, gęsiego, jeden za drugim wynieśli się z izby.
Posiodłali w największej ciszy konie i wyprowadzili je za uzdy z podwórza. Minąwszy kołowrot siedli i jechali strzemię w strzemię aż do wielkiego gościńca; tam dopiero Jan, który, lubo najmłodszy, objął tym razem komendę nad braćmi, rzekł:
-To ja z Markiem zaraz ruszamy do smolarni, a wy tamtą beczkę przywieźcie jeszcze przede dniem.

WQBYPKM WQPBYZM WQPVJXM WJZQXGM WJJKVXM   Poradnia Dietetyczna | Wiadomoci Kraj | Hotele Krakw | Plasowanie Stron Internetowych | Mieszkania Do Wynajcia