-Zbyt mi waszmość pochlebiasz.
-Nie, nie! za mało jeszcze mówię!... Ale przystąpmy do sprawy.
-Przystąpmy.
Stary Krzepecki przez chwilę milczał, jakby szukając słów, i tylko poruszał szczękami, tak że broda schodziła mu się z nosem, wreszcie uśmiechnął się wesoło, przyłożył dłoń do kolan pana Serafina i rzekł:
-Dobrodzieju... oto wiecie, że uciekł nam szczygieł z klatki.
-Wiem. Pono się kota przeląkł.
-Nie miłoż to z takim rozmawiać!? - zacierając ręce zawołał stary - a to dowcip! Ksiądz Tworkowski pęknie z inwidii, jak mi Bóg miły!
-Słucham waszmości...
-Owóż, ad rem i prosto z mostu: chcielibyśmy onego szczygiełka wziąć z powrotem.
-Czemu by nie?
Pan Krzepecki poruszył raz i drugi brodą w stronę nosa, bo zaniepokoiło go to, że sprawa idzie zbyt gładko. Jednakże klasnął w dłonie i zawołał z udaną radością:
-No, to i rzecz skończona! Bogdaj się tacy ludzie na kamieniu rodzili!
-Ze mną skończona - odrzekł pan Serafin. -Trzeba by się tylko tej ptaszyny spytać, czy zechce wrócić, a to dzisiaj niepodobna, bo ją waszmościn syn tak przydusił, że ledwo tchnie...
-Chora jest?
-Chora, leży w łóżku.
-A nie udaje?
Oblicze pana Serafina zasępiło się nagle i rzekł:
-Mój mości panie, mówmy poważnie. Niegodnie, nie po ludzku, nie po ślachecku i zgoła haniebnie sobie waścin Marcjan z panną Sienińską postąpił - a i waszmość ciężko zawiniłeś przed Bogiem i ludźmi, żeś sierotę w takie ręce oddał i takiemu bezwstydnemu okrutnikowi ją powierzył.