W oczach starego Krzepeckiego zabłysły płomienie gniewu, ale przemógł się jeszcze i odrzekł spokojnym, lubo nieco przerywanym głosem:
-Złość ludzka! podła złość - nic więcej, a w dodatku i bezrozum. Jakże? To niby mieliśmy wypędzać z domu dziewkę, z którą Marcjan chce się żenić? Zastanów się waćpan, na miły Bóg! Dyć to się jedno drugiego nie trzyma.
-Powiadają tak: jeśli się pokaże, że Bełczączka dla niej, to się Marcjan z nią ożeni, a jeśli nie - to ją jeno pohańbi. Jać nie jestem niczyim sumieniem, więc jeno powtarzam, co mówią, z tym wszelako własnym dodatkiem, że syn waszmości groził dziewczynie hańbą. To wiem pewnie, i waćpan, który Marcjana i jego sprośne żądze znasz, wiesz także, że tak było...
-Wiem ci ja to i owo, ale nie wiem, do czego waćpan zmierzasz.
-Do czego zmierzam? Ot, do tego, com już waści rzekł. Jeśli panna Sienińska zgodzi się wrócić do was, tedy nie mam żadnego prawa ani waszej, ani jej woli się przeciwić, ale jeśli nie, to jej z domu nie wypędzę, bom jej to już obiecał.
-Nie o to idzie, byś ją waćpan wypędzał, jeno o to, byś ją wziąć dozwolił, tak samo jakbyś dozwolił, gdyby chodziło o którą z moich córek. O to tylko proszę, byś nam w poprzek nie stawał.