-Wolno każdemu, ale wam wara, boście mi oboedientiam powinni.
-Mamy całe życie końskiego łba słuchać? Co?
-Bluźnisz, poganinie, jako pies!
-Ty sam bluźnisz. Bo Jacobus młodszy był od Ezawa, a Józef najmłodszy z braci, więc ty Pismu Świętemu przyganiasz i przeciw wierze szczekasz.
Przyciśnięty tymi argumentami do muru, Jan nie umiał na razie znaleźć odpowiedzi, a gdy jeszcze Mateusz wspomniał coś o Kainie jako starszym bracie, wówczas całkowicie stracił głowę.
Gniew wzbierał w nim coraz większy, aż na koniec począł prawicą szukać szabli, której zresztą nie miał przy boku.
I nie wiadomo, do czego byłoby doszło, gdyby nie Marek, który trzymając od pewnego czasu palec przy czole, jak gdyby się porał z jakąś myślą, nagle wykrzyknął ogromnym głosem:
-Jam najmłodszy z braci, jam jest Józef, więc dla mnie panna Sienińska!
A inni zaraz zwrócili się do niego ze wzburzeniem w obliczach i skrami w oczach:
-Co? Dla ciebie? Dla ciebie, ty gęsie jaje, ty słomiana kukło, ty końska zołzo, suszykuflu, ty opoju!... Dla ciebie?
-Stulcie gęby, skoro tak stoi w Piśmie!
-W jakim Piśmie, głąbie?
-Wszystko jedno, ale stoi. Samiście się popili, nie ja!
Lecz tu wdał się między nich Stanisław Cyprianowicz.
-Czy wam nie wstyd - mówił - szlachtą i braćmi będąc, kłótnię wszczynać? Tak-że to obserwujecie miłość braterską? I o co kłótnia? Czy to panna Sienińska jest grzyb, który ten do kobiałki schowa, kto go pierwszy w borze zdybie? Zali taki jest między pelikanami obyczaj, którzy to pelikanowie nie będąc ani szlachtą, ani nawet ludźmi, przecie z rodzinnych afektów jedne drugim we wszystkim ustępują, a gdy ryb nie nałowią, to się krwią własną wzajemnie karmią. Wspominacie zmarłych rodziców waszych, ależ oni tam łzami się zalewają, widząc niezgodę synów, którym pewnie co innego pod błogosławieństwem nakazywali. Już im tam i pasza niebieska nie smakuje, i oczu nie śmieją podnieść na owych czterech ewangelistów, których imiona na chrzcie świętym wam podawali.