Panowie Bukojemscy poczęli spoglądać bystro i wyzywająco na dwór, na wieś i na okolicę - ale wszędy panował spokój największy. Po przestronnych, zatopionych w świetle słonecznym ugorach pasły się owce i krowy pilnowane przez kupki dzieci i psy; gdzieniegdzie bielały stadka gęsi, które gdyby nie upał letni, można było z dala poczytać za szmaty śniegu leżące na pochyłościach; zresztą okolica wydawała się nawet pusta. Pan Cyprianowicz, któremu nie brakło kawalerskiej fantazji, chcąc pokazać Krzepeckim, jako mało sobie z nich robi, nakazał umyślnie w tym miejscu pierwszy postój, aby dać oddech koniom. Stanął więc orszak wśród przyginanych wiatrem szeleszczących lekko łanów żyta i wśród ciszy polnej, mąconej tylko parskaniem koni.
-Zdrów! zdrów! - odpowiadali im czeladnicy.
Jednakże najmłodszy z braci Bukojemskich, Jan, któremu wcale nie w smak był ten spokój, zwrócił się w stronę dworu i począł, wymachując ręką, wołać nieobecnych Krzepeckich.
-A pójdźcie tu ino, tacy synowie! pokaż no ino, Pniaku, swoją psią mordę, wnet ci tu ją szablami okrzeszem!
Po czym pochylił się do kolaski:
-Widzisz, waćpanna - rzekł - nie śpieszno było na nas napadać ni Marcjanowi ze swoją kompanią, ni osacznikom w puszczy.