Panowie Bukojemscy wiedzieli, iż nie mogło to być, gdyż nie stać ich było ani na odpowiednie poczty, ani na wyprawę konieczną do chorągwi tak górnej; jednakże z rozkoszą słuchali namów i gdy manierki poczęły chodzić z rąk do rąk, nie dali się i na tym polu nikomu przewyższyć.
Kiedy się to działo, żołnierze wyciągali za łby z błota i przyprowadzali przed pana Zbierzchowskiego, pana Cyprianowicza i przed księdza pochwytanych napastników. Nie uszedł z nich po prostu żaden, albowiem w potężnej chorągwi liczącej prócz trzystu towarzystwa dziewięćset pocztowych dość było ludzi do otoczenia całego trzęsawiska i obu wylotów grobli. Widok jeńców zdziwił jednak wielce pana Serafina. Spodziewał się znaleźć pomiędzy nimi, jak zapowiedział Marcjana Krzepeckiego i jego radomską kompanię szlachecką, tymczasem miał przed sobą umazaną w błocie i cuchnącą torfem obdartą gromadę zbójów, złożoną - jak wszystkie podobne - ze zbiegów z wybranieckiej piechoty, z wyrzutków, z prywatnej czeladzi, z poddaństwa, słowem: z wszelkiego rodzaju dzikich i złowrogich hultajów trudniących się rozbojem w puszczach i borach. Grasowało takich kup dużo, zwłaszcza w lesistym województwie sandomierskim, a ponieważ zaciągali się do nich ludzie gotowi na wszystko i którym w dodatku groziły w razie ujęcia straszne kary, więc i napady ich były nadzwyczaj zuchwałe, i bitwy z nimi szczególnie zacięte.

WQVXGXM WQKJVXM WQKPPZM WQGVYXM WQGGYGM