A jej wydało się, że Jacek śpiewa jakąś pieśń cudną. Oczy jej zalała fala łez, a serce fala szczęścia. Uczyniło się między nimi znów milczenie, tylko dziewczyna płakała długo tak słodkim płaczem, jakim nie płakała dotychczas nigdy w życiu.
-Jacku - rzekła wreszcie - po cośmy się tak namartwili oboje?
A on odrzekł:
-Bóg nagrodził stukrotnie.
I po raz trzeci zapadła między nimi cisza, jedno wóz skrzypiał, posuwając się z wolna po piachach szerokiego gościńca. Za borem wyjechali na obszerne, skąpane w słońcu pola, szumiące żytem, utkane bogato kraśnymi makami i modrym chabrem. Był wielki spokój. Nad zżętymi już gdzieniegdzie poletkami tkwiły w górze nieruchome rozśpiewane skowronki, na krańcach pól migotały w oddali sierpy, z dalekich zielonych grudzi dochodziły pokrzyki i pieśni pastusze. A im obojgu zdało się, że dla nich szumi to żyto, dla nich migocą maki i chabry, dla nich dzwonią skowronki, pokrzykują pastusi i że cały ów słoneczny spokój polny i wszystkie te głosy wtórują tylko ich szczęściu i upojeniu.
Z zapamiętania rozbudził ich dopiero ksiądz Woynowski, który przysunąwszy się niepostrzeżenie do wozu, zapytał:
-Jako-że ci tam, Jacuś?
Jacek drgnął i spojrzał na niego błyszczącymi oczyma, jakby zbudzony ze snu:

WJJBQKM WJQPGGM WJQGQYM WQPQZGM WQBKKXM