-Bierz ją! - wołał Jan - a my do Rakusz, do kawalera Lubomirskiego pociągniem, Niemiaszkom pomagać pogan łuszczyć.
-Bierz ją zaraz...
-Jutro! Do kościoła!...
Lecz Cyprianowicz ochłonął już ze zdumienia i wytrzeźwiał tak, jakby nic od rana w ustach nie miał.
-Ludzie, zastanówcie się, co mówicie! Zali to tylko waszej albo mojej woli do tego potrzeba? A cóż ona sama? A cóż pan Pągowski, który jest człowiek dumny i nieużyty? Choćby też i panna stała mi się z czasem przyjacielem, wolałby on może, by rutę siała, niż aby została żoną takiego chudopachołka jako ja albo i któren z was.
-O wa! - zawołał Jan. -A cóż to pan Pągowski - kasztelan krakowski czy hetman wielki? Jeśliś dla nas dobry, to i jemu wara nosem kręcić. Za mali mu na swatów Bukojemscy? A wiera! Stary jest, niedługo mu do śmierci, niechże się strzeże, aby mu święty Piotr palców we wrotach niebieskich nie przyskrzybnął. Ujmijże się ty za nami, święty Pietrze, i powiedz mu tak: "Nie umiałeś, o taki synu, za życia mojej krwi uszanować, całujże psa w nos!". Tak mu po śmierci powiedz! Ale my się i za życia nie pozwolim spostponować. Jak to? To dlatego, że nie stało fortuny, mają nas poniewierać i jako chłopów traktować?... takaż ma być zapłata za nasze służby ojczyźnie, za naszą krew, za nasze rany? O bracia moi, sieroty wy boże! Niejedna krzywda nas w życiu spotkała, ale cięższej nikt nam nigdy nie wyrządził.