Towarzysze poczęli się śmiać, a panowie Bukojemscy marszczyć, co widząc pan Serafin postanowił im przyjść z pomocą.
-Kto wam tę mowę ułożył? - zapytał.
-Pan Gromyka spod chorągwi pana Szumlańskiego - odrzekł Mateusz.
-Otóż to. Cudzy koń najłatwiej dęba stanie i na miejscu się zetnie; uściśnijcie tedy Jacka i powiedzcie po prostu, co macie powiedzieć.
-Pewnie, że tak najlepiej.
I poczęli kolejno brać Taczewskiego w objęcia, po czym Mateusz rzekł:
-Jacuś! nam wiadomo, żeś nie żaden Piłat, a tobie wiadomo, że po odpadnięciu Kijowszczyzny chude z nas pachołki, a krótko mówiąc, golcy. Masz-że! przynosim ci, na co nas stać, a ty przyjmij choć i to wdzięcznym sercem.
To rzekłszy wręczył mu jakiś przedmiot zawinięty w kawałek czerwonego atłasu, a przez ten czas trzej młodzi bracia powtarzali z rozrzewnieniem:
-Przyjmij, Jacusiu! przyjmij! przyjmij!
-Przyjmuję i Bóg wam zapłać! - odpowiedział Jacek.
Tak mówiąc położył przedmiot na stole i począł odwijać atłas; nagle cofnął się i zakrzyknął:
-Dla Boga! ucho ludzkie!
-A wiesz czyje? Marcjana Krzepeckiego! - zagrzmieli bracia.
-Ha!
Obecni zdumieli się tak okrutnie, że nastała chwila milczenia.
-Tfu! - zakrzyknął wreszcie ksiądz Woynowski.
I przemierzywszy jednego po drugim surowym wzrokiem, nabrał ich z góry: