Ludzie zapomnieli już trochę o Sienińskich, więc by zapobiec wszelkim potwarzom i plotkom, przypomniał król umyślnie, ile Sobiescy byli temu rodowi winni. Wówczas poczęto zajmować się panną Sienińską i jak to bywa na dworach, to litować się nad nią, to rozczulać się jej przygodami, to wychwalać jej cnotę i piękność. Wieści o jej urodzie rozchodziły się szeroko wśród mieszczan i mieszczek, ale też gdy ją wreszcie ujrzano, nikt nie doznał zawodu.
Przybyła ona do kościoła wraz z królową, więc w pierwszej chwili wszystkie spojrzenia zwróciły się na panią, której wdzięki świeciły jeszcze całym blaskiem przedwieczornego słońca; gdy jednak skierowały się na oblubienicę, wszędy - między dygnitarzami, między wojskowymi, szlachtą i mieszczaństwem - ozwały się szepty, a nawet i głośne uwagi:
-Cudna, cudna! Wiele oczom powinien, kto taką raz w życiu obaczył.
I była to prawda. nie zawsze w owych czasach ubierano dziewczyny biało do ślubu, ale ją panny z fraucymeru przybrały biało, bo taka była najlepsza jej suknia - i takie życzenie. Więc w bieli, z zielonym wianuszkiem na złotych włosach, z twarzą trochę zmieszaną i pobladłą, ze spuszczonymi oczyma, cicha, smukła, wyglądała jak śnieżny łabędź albo po prostu jak lilia biała.