Ogień przygasł istotnie i pociemniało w izbie, więc rada gospodarza trafiła do przekonania panów Bukojemskich.
Chwilę jeszcze trwała rozmowa, ale coraz mniej żywa, a potem zaszemrał w izbie szept pacierzy odmawianych to ciszej, to głośniej, a przerywanych głębokimi westchnieniami.
Głownie w kominie poczęły pokrywać się popiołem i czernieć; czasem zapiszczało coś w dogasającym ognisku i świerszcze ozwały się po kątach żałosnym ćwierkaniem, jakby z żalu za światłem.
Rozległ się jeszcze w pomroku stukot butów zrzucanych z nóg na podłogę, po czym krótki czas cisza, a następnie ogromne chrapanie czterech uśpionych braci.
Lecz młody Cyprianowicz nie mógł zasnąć, albowiem wszystkie jego myśli krążyły koło panny Sienińskiej jak żwawe pszczoły wokół kwiatu.
Gdzie tam spać z takim rojem w głowie!
Przymknął wprawdzie powieki raz i drugi, lecz widząc, że to na nic, pomyślał:
-Pójdę obaczyć, czy się u niej nie świeci jeszcze.
I wyszedł.
W oknie panny Sienińskiej nie było światła, tylko blask miesiąca drgał na nierównych szybach jak na bieżącej wodzie.
Świat był cichy i uśpiony tak głęboko, że nawet śniegi zdawały się spać w zielonej topieli księżycowego światła.
-Czy ty wiesz, że mi cię rają? - szepnął młody Cyprianowicz patrząc w srebrne okno dziewczyny.