-Cieszę się okrutnie - rzekł, stanąwszy przy karocy i kłaniając się grzecznie magierką - że widzę w dobrym zdrowiu waćpanią, waćpannę i waszmość pana dobrodzieja mego, gdyż droga niebezpieczna, o czym sam miałem sposobność się przekonać.
-Nakryj acan głowę, bo ci uszy zmarzną - rzekł szorstko pan Pągowski. -Dziękujem za troskliwość. A czego to acan włóczysz się po puszczy?
Taczewski spojrzał bystro na panienkę, jakby chciał zapytać: "Może ty wiesz, dlaczego?" - ale widząc, że panienka oczy ma spuszczone i zabawia się przygryzaniem wstążek od kapturka, odrzekł nieco twardym głosem:
-At, przyszła fantazja popatrzyć na miesiąc nad borem.
-Piękna fantazja. A konia ci wilcy zarznęli?
-Dorznęli jeno, bom sam z niego duszę wyparł...
-Wiemy. I przesiedziałeś noc na sośnie, jak wrona.
Tu panowie Bukojemscy buchnęli tak ogromnym śmiechem, aż im konie poprzysiadały na zadach, a Taczewski odwrócił się i począł ich kolejno liczyć oczyma, mając w źrenicach błyski zimne jak lód i zarazem ostre jak brzeszczot.
Po czym rzekł do Pągowskiego:
-Nie jak wrona, ale jak szlachcic bez konia, z którego waszmości dobrodziejowi śmiać się wolno, ale komu innemu może być niezdrowo.
-Oho! oho! oho! - jęli powtarzać panowie Bukojemscy, przysuwając ku niemu konie. Twarze ich zmierzchły w jednej chwili i wąsy poczęły się poruszać złowrogo, a on znów począł ich liczyć, zadzierając w górę głowę.