Lecz pan Pągowski ozwał się tak surowym i rozkazującym głosem, jakby nad wszystkimi miał komendę:
-Proszę mi tu żadnych zwad!... To jest pan Taczewski - rzekł po chwili łagodniej, zwracając się do kawalerów - a to pan Cyprianowicz i panowie Bukojemscy, którym, mogę rzec, iż życie zawdzięczam, bo i nas wczoraj wilcy napadli. Insperate przyszli nam z pomocą, ale skutecznie i w porę.
-W porę - powtórzyła z naciskiem panna Sienińska, wydymając nieco usta i spoglądając wdzięcznie na Cyprianowicza. A Taczewskiemu zakwitły jagody, na twarzy odbiło się jakby upokorzenie, oczy zamgliły się i z niezmiernym żalem w głosie odrzekł:
-W porę! bo ich kupa i szczęśliwi, że na dobrych koniach, a mojemu wołoszynowi wilcy już zębami dzwonią i ostatniego przyjaciela mi zbrakło. Ale - i tu spojrzał życzliwiej na Bukojemskich - niechże się święcą ręce waszmościom, boście uczynili to, co i ja z całej duszy byłbym chciał uczynić, jeno Bóg nie pozwolił...
Panna Sienińska zmienna była widocznie, jak każda białogłowa, a może też żal jej się uczyniło pana Taczewskiego, bo nagle oczki jej stały się słodkie i migotliwe, powieki jęły się mrużyć raz po raz i całkiem już innym głosem zapytała:
-Stary wołoszyn?... Mój Boże, takem go lubiła i on mnie znał. Mój Boże.
Taczewski spojrzał zaraz na nią z wielką wdzięcznością.
-Znał, mościa panno, znał...
-Waćpan, panie Jacku, nie martw się tak okrutnie...
-Martwiłem się już i przedtem, jeno że konno, a teraz się będę martwił na piechotę. Ale Bóg waćpannie zapłać za dobre słowo.
-Tymczasem siadaj acan na myszatego - rzekł pan Pągowski. -Czeladnik siędzie obok forysia albo stanie z tyłu za karocą. A jest tam i zapaśna burka w trokach, to się odziej, boś marzł całą noc, a teraz znów mróz bierze.
-Nie - odpowiedział. -Umyślniem nie wziął szuby i ciepło mi!
-No to w drogę!
I po chwili ruszyli. Jacek Taczewski zajął miejsce przy lewym okienku karocy, Stanisław Cyprianowicz przy drugim, tak że siedząca na przedzie panienka mogła, nie obracając głowy, swobodnie na obydwóch spoglądać.