-I nosa jeszcze zadziera. Co on do nas cierpi, powiedzcie.
-To się go spytać.
-Zaraz?
-Zaraz, ale politycznie, by starego Pągowskiego nie urazić. Dopieroż wyrozumiawszy, co odpowie, wyzwać.
-I wtedy już będzie nasz.
-Któryż ma z nas to uczynić?
-Jużci ja, bom najstarszy. Sople jeno sobie z wąsów wykruszę i nu!
-Jeno zapamiętaj dobrze, co ci rzeknie.
-Jako pacierz wam powtórzę.
To rzekłszy najstarszy z panów Bukojemskich począł wycierać rękawicą grudki lodu osiadłe na wąsach, a potem przysunął konia do podjezdka Taczewskiego i ozwał się:
-Mosanie?
-A co? - zapytał Taczewski, odwracając niechętnie głowę od karocy.
-Co waćpan do nas cierpisz?
Taczewski popatrzył na niego przez małą chwilkę ze zdziwieniem, po czym rzekł:
-Nic.
I ruszywszy ramionami, zwrócił się znów do karocy.
Bukojemski jechał czas jakiś w milczeniu, rozważając, czy ma wrócić i zdać braciom relacje z odpowiedzi, czy mówić dalej. Ta ostatnia myśl wydała mu się jednak lepszą, więc ozwał się znowu:
-Bo jeśli myślisz, że co wskórasz, to ja ci rzeknę na to, co i ty mnie: nic!
Na twarzy Taczewskiego odbiła się nuda i przymus, zrozumiał albowiem, że szukają z nim zaczepki, na którą nie miał najmniejszej ochoty w tej chwili odpowiadać. Jednakże pomyślał, że trzeba coś odpowiedzieć i to coś takiego, co by mogło rozmowę zakończyć.