-Krwi! - zawołał Mateusz Bukojemski.
-Nie wywiniesz się! - krzyknął Marek.
-Wychodź zaraz! - dorzucił, chwytając się za bok, Mateusz.
Lecz Cyprianowicz wsunął się szybko między nich.
-Nie pozwolę! - zawołał - To cudzy dom.
-Tak! - przyświadczył Taczewski - to cudzy dom i nie uczynię tego panu Pągowskiemu, abym was miał pod jego dachem popłatać, ale jutro znajdę was!
-To my cię jutro poszukamy! - huknął Mateusz.
-Szukaliście zaczepki, dawaliście okazje cały dzień, dlaczego - nie wiem, bom was nie znał ani wy mnie, ale przypłacicie mi to, bo za moją obrazę nie czterem, ale dziesięciu do oczu stanę.
-O wa! o wa! dość będzie jednego. Widać to, żeś o Bukojemskich nie słyszał - zawołał Jan.
Lecz Taczewski zwrócił się nagle do Cyprianowicza.
-Mówiłem o czterech - rzekł - ale może i waćpan łączysz się z tymi kawalerami?
Cyprianowicz skłonił się grzecznie.
-Skoro waść o to pytasz...
-Ale my pierwsi i po starszeństwie. Od tego nie odstąpim. Obiecaliśmy ci ją i usieczem każdego, który ci w drogę wejdzie.
Taczewski spojrzał bystro na Bukojemskich, w jednej chwili domyślił się, o co chodzi, i przybladł.
-To tak, panie kawalerze? - rzekł znów do Cyprianowicza - to masz najmitów i za ich szablami się chowasz? A wiera, że to i pewnie, i przezpiecznie, ale czy po ślachecku i po rycersku, to inna rzecz! Tfu! W jakiejżem się to znalazł kompanii!