Jacek jechał na podjezdku po cichych śniegach, rozmyślał o czekającej go bitwie, a więcej jeszcze o pannie Sienińskiej, i tak na wpół do siebie, na wpół do niej przemawiał w duszy: "Moje kochanie dla cię zawsze jednakie, jeno żadnej radości w sercu z niego nie mam. Ej! po prawdzie mało ja jej miałem i przedtem. A teraz, gdybym to choć te twoje nożyny mógł objąć albo dobre słowo od ciebie usłyszeć, albo choć wiedzieć, że pożałujesz, jeśli mnie spotka przygoda, albo to wszystko jest jako ta mgła... i tyś sama jakoby za mgłą, i nie wiem, co jest, i nie wiem, co będzie ni co mnie spotka, ni co się stanie - nic nie wiem".
I poczuł Jacek, że wielki smutek osiada mu na duszy, tak jak wilgoć osiadała na jego ubraniu, więc westchnął głęboko i rzekł:
-Ale już wolę, że się to raz skończy!
A księdza Woynowskiego również niewesołe opadły myśli. "Nabiedowało się chłopczysko - mówił do siebie - młodości nie użyło, nagryzło się z przyczyny tych nieszczęsnych amorów, a teraz co? Jeszcze mi go te zabijaki Bukojemscy usiekną. Niedawno w Kozienicach poszczerbili po odpuście pana Korzybskiego... A choćby mi Jacka nie usiekli, to też nic dobrego z tego nie wypadnie. Mój Boże! dyć to chłop jak najszczersze złoto - i z wielkiego rycerskiego rodu ostatni odziomek. Ostatnia żywięca kropla krwi... żeby się choć teraz przypilnował... w Bogu nadzieja, że nie zapomniał tych dwóch ciosów - jednego mylnego pod zastawę z uskoczeniem w bok, drugiego - z młyńca przez policzek... Jacku!