Więc rzekł:
-To dobrze, ale klęknij, to cię przeżegnam i sam się przeżegnaj przed samym rozpoczęciem.
To rzekłszy nakreślił palcami znak krzyża na głowie Jacka, który ukląkł na śniegu.
Następnie przywiązał podjezdka za saniami obok chmyza, ucałował rękę księdza i poszedł w stronę Bełczączki.
-A wracaj mi zdrowo! - zawołał za nim ksiądz.
Pod krzyżem nie było jeszcze nikogo. Taczewski obszedł kilka razy figurę, po czym siadł na kamieniu leżącym u jej podstawy i czekał.
Naokół panowała ogromna cisza; tylko wielkie, podobne do łez krople, utworzone z wilgotnej mgły, spadając z ramion krzyża, uderzały z cichym szelestem o miękki śnieg. Ta cisza pełna jakowegoś smutku i ta mglista pustka zapełniły nową falą żalu serce Jacka. Poczuł się tak samotny jak nigdy dotąd: "Prawdziwie jestem ci jako ten kołek na świecie! - rzekł sobie - i taka też będzie dola moja aż do śmierci".
I machnął ręką.
-Toteż niech się raz skończy!
I z coraz większą goryczą myślał, że przeciwnikom nie pilno, bo im weselej, bo oto siedzą sobie teraz w Bełczączce, rozmawiają z "nią" i mogą na nią patrzyć do woli.
Ale mylił się, bo im było także pilno. Po chwili doszedł go gwar głośnej rozmowy i w białawym tumanie zamajaczyły cztery ogromne postacie Bukojemskich i piąta, mniejsza, Cyprianowicza.