-Całkiem ręką nie władnę, bo mi kość nadwerężył - dorzucił Marek. -Oj, pies!... Oj!
-A Mateusz nade brwiami cięty - rzekł Jan. -Trzeba by chlebem z pajęczyną ranę założyć, ale tymczasem i śniegiem tamuję.
-Żeby nie to, że mi ślepie zalało... - ozwał się Mateusz - byłbym...
Lecz nie mógł dokończyć, bo osłabł z utraty krwi - i przerwał mu Łukasz, którego porwała nagła złość:
-A chytry, psiakrew - rzekł - bo patrzy jak panna, a dźga jak gad.
-Tej chytrości właśnie mu nie daruję! - zakrzyknął Jan.
Lecz dalszą rozmowę przerwało im parskanie koni. We mgle zamajaczyły sanie, po czym stanęły tuż przy Bukojemskich. Ze sani wyskoczył Taczewski i kazał woźnicy złazić.
Chłop spojrzał na Bukojemskich, obrzucił bystrym spojrzeniem Taczewskiego i Cyprianowicza i nie ozwał się ani słowem, tylko na twarzy odbiło mu się jakby zgorszenie i odwróciwszy się na chwilę do koni, przeżegnał się:
Po czym we trzech zaczęli podnosić rannych i przenosić ich na opończy. Bukojemscy protestowali zrazu przeciw udziałowi pana Jacka w tych przenosinach, ale ów rzekł im:
-A gdybyście waćpanowie mnie usiekli, zali zostawilibyście mnie bez pomocy? Toć to szlachecka usługa, której nie godzi się nie oddać ani też nie przyjąć.
Więc umilkli, bo ich nieco ujął tymi słowy, i po chwili legli w obszernych drabkach na słomie, gdzie zaraz uczyniło im się cieplej.
-Dokąd jechać? - zapytał chłop.
-Czekaj. Weźmiesz jeszcze jednego - odpowiedział Cyprianowicz.
I zwróciwszy się do Jacka:
-No! mości panie! - rzekł - czas i nam.
Lecz Taczewski spojrzał na niego niemal przyjaznym wzrokiem.
-Ej! lepiej nam się zaniechać. I tamto Bóg wie dlaczego się przygodziło, a waćpan stanąłeś przy mnie, gdy ci ichmościowie kupą na mnie natarli. Po co my się mamy bić?
-Będziemy i musimy - odparł zimno Cyprianowicz. -Waćpan mi hańbę zadałeś, a gdybyś i nie zadał, to teraz idzie o moją reputację, rozumiesz? Choćbym miał gardło dać, choćby to miała być ostatnia moja godzina - musimy się bić!
-Ha! niechże i tak będzie, ale to przeciw mojej woli! - odpowiedział Jacek.