-A właśnie myślę, żeś kiep, więc potrafię, ale mnie gęba boli.
I poczynali się już kłócić. Ale tymczasem w oknie zaczerniał jeździec na koniu.
-Ktoś przyjechał - rzekł ksiądz.
Jacek poszedł zobaczyć kto i po chwili powrócił stropiony.
-Pan Pągowski przysłał czeladnika - rzekł - kazał powiedzieć, że czeka z obiadem.
-Niechże go sam zje - ozwał się Jan.
-Co mu rzec? - zapytał Jacek, patrząc na księdza.
-Najlepiej prawdę - odrzekł staruszek. -Ale to już lepiej ja sam odpowiem.
I wyszedłszy do pacholika, rzekł:
-Powiedz panu Pągowskiemu, że ani pan Cyprianowicz, ani panowie Bukojemscy nie przyjadą, bo wszyscy ranni w pojedynku, na który pana Taczewskiego wyzwali, ale nie zapomnij powiedzieć, że nie bardzo ranni. Ruszaj!
Czeladnik ruszył z kopyta, a ksiądz wróciwszy począł uspokajać Jacka, który okrutnie był poruszony. Nie bał się on z pięcioma mężami potykać, ale bał się pana Pągowskiego, a jeszcze więcej, co powie i pomyśli panna Sienińska.
Ksiądz zaś mówił:
-Przecie by się i tak wydało, a niechże się jak najprędzej dowiedzą, że nie twoja wina...
-Waszmościowie zaświadczycie? - zapytał Jacek, zwracając się jeszcze raz do rannych.
-Pić się chce, ale zaświadczymy - odpowiedział Mateusz Bukojemski.