I celu tego dopiął. Jacek wróciwszy sprzed ganku siadł przy stole, palce wbił w czuprynę, podparł głowę łokciami i milczał, jakby mu z bólu mowę odjęło.
Aż ksiądz Woynowski zbliżył się i położył mu dłoń na ramieniu.
-Jacuś, co masz przecierpieć, przecierp - rzekł - ale noga twoja nie powinna postać w tamtym domu.
-Tak i będzie - odparł głucho Taczewski.
-Ale i boleści się nie daj. Pomyśl, ktoś jest.
A ów zacisnął zęby:
-Pamiętam, ale właśnie dlatego piecze!
A wtem ozwał się Cyprianowicz:
-Nikt tu tego panu Pągowskiemu nie pochwali, bo inna jest rzecz przyganić, a inna po czci deptać!
Na to poruszyli się i Bukojemscy, a Mateusz, któremu najmniej dokuczało mówienie, rzekł:
-U niego w domu nic mu nie powiem, ale jak wyzdrowieję, a spotkam go kiedy na drodze albo u sąsiada, to mu wręcz rzeknę, żeby pocałował psa w nos.
-Ojej! - dodał Marek. -Takiego godnego kawalera spostponować! Przyjdzie czas, że mu się tego nie daruje.
Tymczasem nadeszły trzy pary wymoszczonych dywanami sani, z trzema pachołkami prócz woźniców, którzy mieli rannych przenosić. Taczewski nie śmiał ich zatrzymywać ze względu na spodziewany przyjazd starszego Cyprianowicza i ze względu na to, że byli rzeczywiście gośćmi Pągowskiego, oni zaś nie byliby zostali, zasłyszawszy o wielkim ubóstwie Jacka, aby mu ciężaru nie przyczyniać. Poczęli jednak żegnać się z nim i dziękować mu za gościnę tak szczerze, jak gdyby nic między nimi nigdy nie zaszło.
Gdy jednak Cyprianowicz miał wsiadać na ostatnie sanie, zerwał się nagle pan Jacek i rzekł:
-Jadę z waćpanami! Nie wytrzymam tak! Nie wytrzymam! Póki Pągowski nie wróci, muszę - ostatni raz!...
A ksiądz Woynowski, choć znając Jacka wiedział, że wszelkie perswazje nie pomogą, zaciągnął go jednak do alkierza i począł przekładać:
-Jacku, Jacku! Znów mulier! Bogdajby cię tam jeszcze większa krzywda nie spotkała. Pamiętaj, Jacku, co mówi Eklezjasta: "Virum de mille unum reperi, mulierem ex omnibus non inveni!" Pamiętaj i miej nad sobą zmiłowanie.
Lecz był to groch na ścianę. Po chwili siedział już Taczewski w saniach obok Cyprianowicza i ruszyli. Mgłę tymczasem poskręcał wiatr wschodni, popędził ją na puszczę i z błękitnego nieba wyjrzało jasne słońce.